informacje / bohaterowie / polecam / obserwuj / strona główna


rozdział 2.2

CZĘŚĆ 2; DEIDARA; muzyka

Nie pamiętał połowy swojego życia. Wszystko, co złe, zapadało się w nim i ginęło na zawsze. Wiedział, że miał własną historię – choć nie pamiętał swojej rodziny, początków w Akatsuki, pierwszych dni wojny, które przeżył śpiąc pod ciałami zmarłych cywilów. Owszem, potrafił odtworzyć w pamięci eksplozję, do której doprowadził po raz pierwszy, jednak  jej obraz zamazywał się i niknął za każdym razem, kiedy swędzenie mózgu świadczyło o tym, że coś jeszcze się przy tym wydarzyło, coś – co świadczyło o tym, że to nie był przypadek. Coś, co sprawiło, że znający jego przeszłość ludzie stawialiby go na równi z tym znienawidzonym Uchihą. 

– W każdym razie, słyszałeś o książce?

– Nie dałeś mi o niej nie usłyszeć, Deidara.

– W każdym razie - przygryzł wargę, wydłubując glinę zza paznokcia – myślisz, że to prawda? Kurwa, masz pilniczek?

Brak odpowiedzi sprawił, że Deidara zarumienił się nieco. Jutro nie będzie już pamiętać, o co zapytał rekina. Tak jak nie pamiętał o tysiącu innych rzeczy.

– To całkiem możliwe.

Spojrzał na Kisame i skinął głową. Potem na figurki ptaków, stające na lepkim stole i w końcu na swoje ręce. Brudne, choć wyjątkowo delikatne. Otwór gębowy uśmiechnął się do niego. Obraz ciała przybitego do drzewa po raz kolejny zamazał mu rzeczywistość. Dlaczego nie mogę pamiętać?

***

Kaszlała, charczała i wzywała pomocy tak długo, póki nie zaczęła się tym wszystkim dusić, póki przez rozerwane usta nie zaczęły lecieć wymioty zmieszane z krwią. Póki nie dojadł jej, chociaż i tak wrażenie, że jej różowe kostki krzyczą, że krzyczą strzępy kraciastej sukienki i włosy roznoszone przez wiatr po lesie, pozostawało w nim przez kilka lat. To wszystko się działo tak szybko i wolno jednocześnie, jakby zmieniały się pory roku, a księżyc nie zachodził ani wschodził choćby raz przy tym. Bezpieczny ból męczył go przez to coraz bardziej, chociaż nie miał wyboru. To nie jego wybrano.

Nikt nigdy nie wiedział, kiedy przybędzie – czasami zjawiał się co pół roku, czasami co kilka lat, stając się tylko legendą. Nikt nie wiedział skąd przybywał, jak się nazywał i jaką mocą właściwie władał - mimo to bali się go. Był jak szarańczy, która niosła głód i biedę, która odbierała wszystko, co cenne i warte przetrwania. Był ich przekleństwem, demonem zsyłanym przez niebiosa, aby oczyścić ziemie. Odziany w płaszcz z piór wrony i z tygrysim pyskiem nakładanym jako maska, przybywał - a za nim ciągnął się sznur kości.

Pierwszy raz był chwilą zapomnienia, paraliżem strachu i ciekawości, dziecięcym starciem z czymś, co kruszy niewinność i wiarę w boga. Dzień był z gatunku tych niespokojnych, radio dudniło o wojnie, rośliny pyliły, a świeżo zszyte dłonie bolały bardziej niż zwykle. Nie miał ochoty korzystać z wolnego czasu w jakiś inny sposób, zresztą od rana dzieci miały zakaz wychodzenia z domów. Nie pytał ciotki dlaczego, nie miał ochoty po chirurgicznym popisie jednego z członków starszyzny odzywać się do kogokolwiek. Nawet teraz, obrażony na cały świat, był w tym wszystkim wyjątkowy. Zawsze się wyróżniał. Niezdrowo.
Kulka gliny obracana w jego drobnych dłoniach, nabierała powoli wyraźnego kształtu ptaka. Izumi kochała je, zwłaszcza wrony i kruki - kiedy wszyscy je przeganiali, ona jako jedyna rzucała im chleb i zachęcała do powrotu. Podobnie było z nim samym, wytresowała go sobie, jak te ptaki. Do domu wracał tylko dla niej, bo jako jedyna prawdziwie pragnęła jego obecności. Nikogo innego nie dostrzegał, byli dla niego tylko słowami; tak i nie. Zostań i idź, baw się i uspokój się. Pokaż ręce i nie pokazuj ich nikomu. Izumi była całymi zdaniami, niekończącą się historią, której chciał słuchać całe życie. Spojrzał w oczy glinianego ptaka, którego przed chwilą dokończył. Uśmiechnął się do niego i pogłaskał po główce.

- Spodobasz jej się.

***

Ciotka mówiła, że Izumi jest na misji, że wróci wieczorem - najpewniej. Czekał na nią, ona jednak wciąż nie wracała, kiedy zegar wybił północ, wymknął się z domu. Przez cały dzień wszystko było zamknięte - każde okna i drzwi, jakaś roślina pyliła Wtedy nie zwrócił uwagi na jej drżący i niepewny głos.

Był wolny, cień przenikający kolejne uliczki, wybijający rytm na zakurzonych uliczkach. Żadne ze świateł się nie paliło, przemknęło mu przez myśl, że osada zniknęła właśnie z mapy. Izumi jednak wciąż gdzieś tu była. Ona nigdy nie zniknie. Serce biło mu zbyt głośno, oddech był zbyt urwany, żeby nie powodować zadyszki. Kończące się pola ryżu i skraj lasu do którego nigdy nie mógł wchodzić, przypomniały mu, że w poszukiwaniu jej, przekracza właśnie granicę życia i śmierci. Dobra i zła.
Coś zaszurało, coś otarło się o jego stopę. Znieruchomiał, kiedy to poczuł. Dotyk otworzył furtkę innym zmysłom. Zaczarowany ogród z plejadą zapachów i dźwięków, spowodował w nim odruch wymiotny. Zwolnił, nie mógł oddychać, dusił się, a serce chciało mu ulecieć z piersi. Strach sparaliżował go tak bardzo pierwszy raz w życiu. Przypomniał sobie smród opalanego truchła sarny. Specyficzny, mdlący i słodkawy, choć bardziej wyraźny, z nutą czegoś, czego nie mógł przez dłuższy czas określić. Przypomniał sobie smak krwi, swojej własnej, kiedy zszyte dłonie po raz olejny rozrywały nici - teraz ten sam smak czuł, w całym swoim ciele. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, organizm buntował się, jakby pokolenia ewolucji dawały o sobie znać w jednym momencie. Pamięć o której nie miał prawa wiedzieć, zawracała go do bezpiecznego domu coraz bardziej. Brakowało tylko Izumi.

A potem zemdlał.

Obraz mazał mu się przed oczami, hałas i zapach rozrywały mu czaszkę. Ciało płonęło, nie był w stanie nawet ruszyć palcem. Potem już tylko marzył o tym, żeby ten stan otępienia powrócił.

Buty obite metalem i delikatna dłoń dotykająca jego nosa, stał przed nim. Stał, ten dziwny i nieproporcjonalny człowiek. Uniósł oczy ku górze, pokonując falę mdłości i  zesikał się. Zmoczył się ze strachu. Ręka trzymana przez rękę. Ręka trzymająca oderwaną rękę. Brudne pazury wbijające się w mleczne ciało. Chciał krzyknąć, zamknąć oczy i zniknąć. Zmysły jednak omówiły mu posłuszeństwa jak i ciało. Wilgotny palec bez człowieka przejechał po jego twarzy. But musnął jego usta. Ręka wylądowała przed jego twarzą, buty zmieszały się z kolanami w ciemnej masie. Palec z człowiekiem rozchylił jego usta, najpierw delikatnie, potem mocno, rozrywając kącik warg. Pociągnął go za język. Nie był w stanie nawet go ugryźć. A potem, nie czując oporu - wsadził mu do ust kawałek mięsa i poklepał po głowie. Nie był w stanie nawet go wypluć.
I odszedł, a łzy przysłoniły mu na kilka godzin świat.

Kaszlała, charczała i wzywała pomocy tak długo, póki nie zaczęła się tym wszystkim dusić, póki przez rozerwane usta nie zaczęły lecieć wymioty zmieszane z krwią. Póki nie dojadł jej, chociaż i tak wrażenie, że jej różowe kostki krzyczą, że krzyczą strzępy kraciastej sukienki i włosy roznoszone przez wiatr po lesie, pozostawało w nim przez kilka lat. To wszystko się działo tak szybko i wolno jednocześnie, jakby zmieniały się pory roku, a księżyc nie zachodził ani wschodził choćby raz przy tym. Bezpieczny ból męczył go przez to coraz bardziej, chociaż nie miał wyboru. To nie jego wybrano.

Zepchnięty na ziemie, z twarzą w błocie i bez możliwości ruchu. Przygnieciony ciałami nie mógł nawet oddychać.  Nie został wybrany, nawet on go nie chciał. Szwy na dłoniach znowu pękły, zawył z bólu, czując jak język w parze z zębami, pozbywa się stalowych nici. Jak ona miała na imię?

Znaleźli go na drugi dzień, nieruchomego, okrytego płaszczem z włosów, ubrań i resztek ciał siedmiu dziewcząt, których flaki wyjadało łakome ptactwo. Oczy miał przekrwione, z wytrzeszczem, a w ustach wciąż tkwił mu odcięty sutek i łechtaczka. Nie był w stanie chodzić i mówić, po tygodniu dopiero przestał zwracać posiłki.
Kiteru zniknął, tak jak zniknęło siedem dziewcząt. Zapadał się w sobie coraz bardziej, aż w końcu wybuchł i rozpadł się na miliony kawałków. Miał wtedy 15 lat i po raz ostatni zszyte dłonie. Był to dzień, kiedy do wioski wrócił Tygrys. Był to dzień, kiedy zwierzę spotkało na swojej drodze demona.

Drugi raz był chwilą zapomnienia, podnietą cudzym strachem i ciekawością własnych możliwości, starciem z czymś, co miotało się między zwierzęciem a człowiekiem, krusząc niewinność i wiarę w boga. Drugi raz był chwilą triumfu, narodzin nowego boga, którego powstanie odebrało życie dziesiątkom. Kiteru zniknął, tak jak zniknęło siedem dziewcząt, pojawił się za to Deidara, wezwany przez człowieka, który zabrał mu życie. Ostatni raz. Oko za oko, ząb za ząb. Życie za wieczność.

Wraz z nim zniknęła z powierzchni ziemi osada. Zostały tylko kruki i wrony, wracające po to, czego nie zabrał wybuch. Wróciły do Izumi, ostatni raz.
Jednak zniknęła.




kosztowało mnie to wiele, ale wiecie co, kiedyś to dokończę. 

rozdział 2

CZĘŚĆ 1; KISAME; muzyka

Zepsuli mnie. Chyba celowo – albo i nie, bo albo-albo, chcemy a nie musimy istnieć – chyba na pewno – bo pewność, to niepewność. Ukryta w słowach, w geniuszu. W trzech spojrzeniach, o jednym za dużo. W wymianie zdań, za długiej, za ślizgiej, za suchej, za delikatnej, za..., za..., za... . W dotyku, być może i nawet idealnym – bo twoim. Twoim; z ciebie, od ciebie. Dla mnie. Dla nas. Czasem trudno jest mi się pogodzić z tym, że nie czujemy tego samego, że nie myślimy tak, jak myśleć powinniśmy... Jakbyśmy potrafili naszymi wspólnymi myślami stworzyć świat; idealny. Taki jak nasze kochanie. Nie potrafimy tego, a tego się nie da nauczyć. Czasem tak trudno jest mi się pogodzić z tym, że nasze dopasowanie jest czysto fizyczne. Że dryfujemy w osobnych łódkach z marzeń. Że moje słowo jest niczym, że blednie w starciu z twoim spojrzeniem. Że znika przy twoim: nie.

że jest się szczęśliwszym od śliwek i że ma się wszechświat w dupie na samym dnie dupy w dupie pancernej za siedmioma dupami*

Jak patrzysz w lustro, to co widzisz? Bo wiem, że chciałbyś zobaczyć coś zupełnie innego. Może skórę w normalnym kolorze? Albo duże, skośne oczy... Chociaż, nie, ty chciałbyś uśmiechu i śmiechu – przed którym nie drżą osoby z twojego otoczenia, przed którym nie chowała się za włosami ta drobna blondyneczka z zadartym noskiem. Bo gdyby twój uśmiech wyglądał na szczerze ludzki, wszystko wyglądałoby inaczej. Całe twoje życie, może nawet nie stałbyś tutaj teraz, patrząc się w to lustro. Może siedziałbyś z nią właśnie przy stole, jadł kolejny, najlepszy obiad w swoim życiu i patrzył jak delikatne palce dotykają główki waszej córki. Zewsząd otoczony wilgotnymi skałami... Za ten uśmiech mógłbyś je wymienić na miękkie poduszki dobrane pod kolor kolorowego parawanu, który malowała, kiedy opuszczałeś wioskę. Miała takie drobne palce, jak dziecko. Takie kruche, takie miękkie, różowe. Ciepłe.

i nie wiem czy nie byłoby dobrze zamknąć się w szafie i wyobrażać sobie że jest się zamkniętym w raju*

Dużo w nim było złości. Nawet kiedy naśladował króliki z kilkoma dziewczynkami, wciąż był wściekły. Nawet kiedy zabijał i spijał krew z przetrąconego karku, wciąż był wściekł. Wciąż coś wierciło mu w głowie; brzęczało i huczało. Podgryzało korę mózgową i nie dawało spać, szeptem na ucho sycząc, że to jeszcze nie wszystko.
Potwór Ukrytej Mgły – bo takie imię nadali mu ludzie, nie był człowiekiem wolnym. Miecz po mistrzu, który nosił na plecach – i który wyrwał mu z zakrwawionych rąk – przypominał mu o tym wyjątkowo dobrze. Był chyba jeszcze większym znakiem przynależności do kogoś, niż opaska na czole.

Kisame był człowiekiem małej wiary. Względem siebie miał jej średnio dużo, względem innych w ogóle. Nie lubił przeprowadzać bilansu zysków i strat. Chyba podświadomie naliczył w swoim życiu same straty.
Czasami jednak zamykał oczy i pozwalał porwać się strumieniowi świadomości, który otwierał i zamykał pewne furtki w jego ciele. I tak na przykład: nie czuł już kamieni wbijających się w jego plecy, czy nie odczuwał już tego wiecznego wręcz strachu, który motywował go do niewierzenia w nawet najczystszej chęci ludzkie dobro. Zamiast tego zalewało go jednak obrzydzenie do samego siebie, kiedy wspominał chwile o których już dawno powinien zapomnieć.

Raz na przykład, przypomniała mu się sytuacja z Kiri. Kiedy to się stało, był czwartek a powietrze było gęste i gorzkie w posmaku. Ktoś rozpylił truciznę, a on usiłował nie stracić przytomności. Miał może pięć lat i przyczynił się do czyjejś śmierci, pierwszy raz.

Stopy, nogi, ramiona, twarz i oczy – wszystko płonęło. Stopy od biegu, nogi, ramiona, twarz i oczy od rozpylonej trutki. Chcieli ich wyrżnąć jak marne kocięta. Wsadzić do skrzynek, poddusić i spalić. Ludzie w maskach, ludzie z Konohy. Ludzie węże.
Był jednym z nielicznych, którzy ocaleli. Akurat miał zajęcia terenowe w szkole, gdy usłyszał huk dochodzący z budynku. Trwał w otępieniu przez kilka dobrych minut, wyjąc i skamląc. Albo to oni wyli, oni skamleli. Bo dzień, który przejdzie do historii rozpoczął się właśnie teraz. I wystawił na próbę ich wszystkich. Myślał wtedy, szarpany i popychany przez kolegów, że chciałby być w tym budynku. Zobaczyć jak to jest być rozerwanym na miliardy kawałeczków, albo przeżyć – i stać się żywym dowodem chwały.
Potem tylko uświadomił sobie, że dziewczyna o czekoladowych oczach była wciąż w szkole. Potem tylko uświadomił sobie, że dziewczyna o czekoladowych oczach już nie żyje. Coś go zakuło. Jakby w klatce, a potem w głowie (to on zajął jej miejsce)(to ona miała być w jego grupie)(TO ONA MIAŁA PRZEŻYĆ). Albo najpierw w głowie, a potem w klatce. Czuł, że coś go rozrywa od środka. Teraz był pewny, że słyszy swój własny krzyk. Chciał wykrzyczeć jej imię, jednak nigdy go nie poznał, wrzeszczał więc do powietrza, przypominając zwierzę. Krzyczał i wyzywał bogów tym swoim wrzaskiem na pojedynek. Z każdą sekundą czuł, że ma z siebie samego coraz mniej. Ból rozrywał go na miliardy kawałeczków.

Boję się.
Szarpało nim, a obraz zamazywał się; drgał, błyszczał i ciemniał. Raz po raz, jakby dzień z nocą walczyli o burzę. Czuł chłód, dotknął swojej twarzy, potem spojrzał na palce – dusza spływała mu po nich.

– Boję się. Boję się, Boże, jak bardzo się boję. Ratujcie mnie, ratujcie... Błagam.
 
Morderca doskonały znał datę i godzinę utraty własnej niewinności. Z roztrzaskaną duszą słyszał swój krzyk każdej nocy.

i nie wiem czym usunąć plamy krwi z koszuli*


– Pewnie gdyby ci zapłacili, zeżarłabyś własne gówno, co?

Czuł obrzydzenie do siebie, podniecało go to, jednak jako morderca doskonały nie mógł tego okazać. Dlatego oberwało się jej – dziewczynie, którą dwa dni szybciej prawdopodobnie zgwałcił Deidara, a wczoraj Itachi.

Kisame był stworzeniem rozumnym, dlatego nie mógł pojąć, dlaczego właśnie pieprzy się z workiem na spermę do którego wcześniej lali jego najbliżsi współpracownicy. Im więcej nad tym myślał, tym jego podniecenie stawało się większe. A prostytutka krzyczała coraz głośniej.

W mechanicznym seksie nie ma nic złego.

Zafascynowany wpatrywał się jak z każdym kolejnym pchnięciem znikał w niej. Nie było ważne, że przy wyjmowaniu leciała krew. Nic się nie liczyło, oprócz tego, że znowu był ostatni, że znowu w kimś, i po kimś, kończył. Przyśpieszył, próbując wbić się jeszcze głębiej.

Dziewczyna drętwiała pod jego ciężarem, dłonie próbujące oderwać ręce niebieskiego od szyi i ust, traciły na sile coraz bardziej. Chyba zemdlała.

Chyba celowo – albo i nie, bo albo–albo, chcemy a nie musimy istnieć – chyba na pewno – bo pewność, to niepewność. Ukryta w słowach, w geniuszu. W trzech spojrzeniach, o jednym za dużo. W prostej wymianie: ciało za ciało; za długiej, za ślizgiej, za suchej, za delikatnej, za brutalnej, za..., za..., za... . W dotyku, być może i nawet przeklętym – bo twoim własnym.
Twoim; z ciebie, od ciebie. Dla mnie. Dla niej.

Zepsuł ją.
Zbadał tętno. I spuścił się w trupie.

i nie wiem jak żyć między ludźmi po kilku latach samotności*

Brzydota rozchodziła się w jego krwi, atakując każdy kolejny organ i wreszcie wypływając ze skórą na zewnątrz, tworząc sinobłękitną masę z wyglądu podobną do rekina. Taki był, kiedy patrzył w lustro, kiedy widział swoje odbicie w oczach innych. Taki był, ale to nie znaczy, że to okropieństwo, które jest nim i w nim teraz, było zawsze. Kiedyś kochał i był piękny, dla tej jednej osoby. A dzięki tej jednej osobie, cały świat był piękniejszy dla niego – a przynajmniej tak go jej opisywał.

Czasami zastanawiał się, czy gdyby jej wtedy nie stracił, musiałby przeżywać to co teraz – wieczną tułaczkę z ludźmi, których co najwyżej darzy niewymiernym szacunkiem. Z Akatsuki, kurwami, i innymi obleśnymi stworzeniami na które naciągnięte są ludzkie maski. Czy gdyby jej wtedy nie stracił i nie zabrakłoby mu odwagi, żeby wskoczyć w to piekło za nią, byłby szczęśliwszy w tym miejscu, gdzie by się oboje znaleźli? Czy pustka przeżywana z nią, byłaby łatwiejsza do zniesienia niż ogrójec po którym musi się błąkać, póki ktoś go nie zabije?

Kisame znał odpowiedz na to pytanie, bał się jednak przyznać sam przed sobą, że – jeśli Bóg istnieje – nienawidzi go aż tak bardzo.

– Moje życie skończyło się szybciej, niż się zaczęło.

Deidara obrócił głowę w jego stronę, westchnął i wrócił do lepienia figurek. Nie skomentował tego, każdy w Akatsuki myślał tak samo, każdemu od czasu do czasu wyrywało się podobne zdanie z ust, jakby życiodajne powietrze – po zobaczeniu tego wszystkiego od środka, ostrzegało inne cząsteczki przed podróżą w pustkę. Powody mieli różne, mniej lub bardziej sensowne. Zawsze jednak coś ich potrafiło połączyć – brak szansy na normalność.


– Wiesz co się dzieje z Uchihą? – zapytał po czasie, kiedy kolejny gliniany ptak stanął na blacie stolika,

– Nie, powiedział, że musi coś załatwić. To mi wystarczyło.

Deidara uśmiechnął się szeroko, oglądanie problemów tego gnojka, sprawiało mu niewyobrażalną radość. Od premiery książki minęło kilka dni, zdążył już zakupić kilka egzemplarzy i pozostawiać je w miejscach publicznych. Mimo to czuł niedosyt, chciał pełnej konfrontacji – Modegi kontra Uchiha. W przyszłym tygodniu miał urodziny, to byłby dopiero prezent!

Deidara nie pamiętał chwili, w której przyprawianie Itachiego o zgrzytanie zębów zaczęło sprawiać mu aż taką przyjemność. Nie pamiętał też połowy swojego życia. Wszystko, co złe, zapadało się w nim i ginęło na zawsze. Wiedział, że miał własną historię – choć nie pamiętał swojej rodziny, początków w Akatsuki, pierwszych dni wojny, które przeżył śpiąc pod ciałami zmarłych cywilów. Owszem, potrafił odtworzyć w pamięci eksplozję, do której doprowadził po raz pierwszy – obraz pamięci jednak zamazywał się i niknął za każdym razem, kiedy swędzenie mózgu świadczyło o tym, że coś jeszcze się przy tym wydarzyło. Coś, co sprawiło, że znający jego przeszłość ludzie stawialiby go na równi z tym znienawidzonym Uchihą.

– W każdym razie, słyszałeś o książce?

– Nie dałeś mi o niej nie usłyszeć, Deidara.

– W każdym razie - przygryzł wargę, wydłubując glinę zza paznokcia – myślisz, że to prawda? Kurwa, masz pilniczek?


Kisame spojrzał się na niego jak na idiotę, było jednak w tym – jeszcze przed warstwą pogardy – coś ciepłego. Przez ułamek sekundy, jakby brudne promienie słońca tańczące w blond włosach, przypomniały mu o czymś miłym.

Brak odpowiedzi sprawił, że Deidara zarumienił się nieco. Jutro nie będzie już pamiętać, o co zapytał rekina.

Być może Ci, którzy na miłość zasługują najbardziej, w życiu najmniej jej dostają. Być może Bóg nie patrzy, kiedy niektóre dzieci schodzą na ziemie. Być może Bóg nie chce tego widzieć. Być może Bóg nie istnieje.

– To całkiem możliwe.



* — Borszewicz

Chaotycznie jak zwykle. Chciałam jednak to opublikować i mieć za sobą, mam ogromny spadek formy. Czytam ostatnio zbyt dużo, żeby być zadowoloną z tego co napiszę, czy napisałam wcześniej. Boję się, że w odbiorze ten rozdział będzie grafomańskimi wymiotami, boję się i publikuję – typowe. Być może poprawię wkrótce, albo zakryję szybciej czymś nowszym. W każdym razie, witam wiosnę w swoim stylu.



rozdział 1

Z każdym kolejnym oddechem, czułam jak klatka piersiowa dotyka ziemi coraz bardziej. Jeszcze trochę i moje serce wykopie w podłożu dziurę. Jeszcze kilka minut i być może dotrę do Piekła. Mimo że liczyło się tylko to, że go w końcu odnalazłam, a Duch dał nam czas, nie sądziłam, że będę w stanie myśleć jeszcze o sobie. Trzymając go za chłodną rękę, kilka minut temu, nie potrafiłam przywołać żadnego szczęśliwego wspomnienia. Żal rozrywał mnie od środka bardziej, niż ból po utraconej nodze. Chyba pokochałam cię w końcu bardziej, niż samą siebie, szkoda że tak późno. Wiem, że mi wybaczysz. Zawsze wybaczasz. Dopiero teraz zaczynam czuć śmierć na tyle, żeby ujrzeć pośród gwiazd jego uśmiech. Kiedyś, kiedyś się spotkamy. Obiecałeś mi to, prawda? Kiedyś będziemy w końcu razem, na makowym polu, trzymając się – zupełnie jak teraz – za ręce. To nasze pierwsze życie, drugie będzie już szczęśliwe. Zasłużyliśmy na to, kochany. Tak bardzo chciałabym ci spojrzeć jeszcze raz w oczy i zobaczyć to wszystko, co nas czeka. Uwierzyć i…

Oczy niechcące widzieć księżyca, gasły w jego blasku. Pięknie okrutna śmierć.

Myślę że uważałam w tamtym momencie za chichot bogów czas śmierci przeznaczony mi na znienawidzoną porę. Nocą nigdy nie potrafiłam dostrzec emocji w jego oczach i stwierdzić, czy uśmiech był prawdziwy.


Pióro zatrzymało się w powietrzu, stalówka drżała w dłoni przez chwilę, po czym z głośnym hukiem odbiła się od drewnianej podłogi. Nie wiedziała, czy to jej myśli, czy bohaterki. Granica zatarła się. Uderzyła otwartą dłonią w polik: Żyj, do cholery. Żyj. Kartka papieru zapisana w połowie, przedarta na pół, zakończyła kolejną godzinę pisania. Bała się tego, jakby jej słowa rzeczywiście tworzyły przyszłość – w końcu w przeszłość wpisały się idealnie. Rana, którą zadała postaci, spalała jej własną kończynę. Żyj, Kaoru, żyj. To tylko pieprzony skurcz.


Papierosy nigdy nie smakowały tak wspaniale.

Modegi nie paliła zbyt często, przeważnie wiązało się to ze świętowaniem. Nigdy też nie paliła sama, aż do dzisiaj. Samotności przy papierosie bała się chyba mocniej niż śmierci – lub widziała w niej samą jej istotę. Prawdopodobnie było to spowodowane wspomnieniami. Jako mała dziewczynka, zobaczyła martwego ojca z papierosem w ustach. Potem wybuchła wojna i widziała wiele innych trupów, jednak tylko obraz martwego rodziciela, samotnego, z dymiącym papierosem, stał się dla niej tym przerażającym.

Dreszcz wstrząsnął wątłym ciałem, ramiona pokryły się gęsią skórką, a ona zastanawiała się tylko nad jednym – czy to pierwszy śnieg, czy już wspomnienie.

Urywki tamtego dnia powracały do niej szybciej, niż kolejne płatki śniegu próbujące przetrwać w tak niekorzystnym środowisku, jakie tworzył im jej własny organizm. Wyrzuciła papierosa i sięgnęła po kolejnego, zawilgocony ustnik odbierał jej przyjemność z celebrowania tej chwili.
– Postradałam zmysły.

Ledwo słyszalne dla niej samej słowa zniknęły w dymie, a wiśniowe usta rozciągnęły się w uśmiechu. Papierowe ściany i drewniane podłogi jej dawnego domu, były coraz wyraźniejsze. Zaciągnęła się jeszcze raz, jej dziecięcy głos, lub jego wyobrażenie, dudnił jej w głowie. Pamiętam… Widzę.


Ściany oszukiwały mnie bardziej, niż matka mówiąca pół roku szybciej, że wróci ze szpitala. Miałam 4 lata i pamiętam, że serce waliło mi jak nigdy w życiu. Klatka paliła, a gardło drżało od niemiarowych uderzeń. Pamiętam jak zatrzymuje się przy dębowej szafie i patrzę w lustro. Nie potrafię teraz powiedzieć jak wyglądałam wtedy, jedyne co przebija się przez mgłę czasu to dotyk. Wspomnienie jak dotykam szyi, zjeżdżam dłonią pod kołnierz i sprawdzam, czy we śnie nie przykleiłam tam sobie wybuchowej karteczki. Co było potem? Wiem, że chcę otworzyć drzwi do washitsu, wiem że mam bose stopy, bo boję się znów zabrudzić maty. Białe plamy migotają wszędzie, jakby życiodajny duch opuszczał powoli dom. Zbyt bałam się krzyczeć i wołać go. Do tej pory się boję, czułam już wtedy, że nie usłyszę niczego. Milczę. Wielokrotnie próbowałam wracać do tej chwili, jednak wciąż nie potrafię przypomnieć sobie przyczyn tego uczucia. Czy to sen, czy ojciec powiedział coś szybciej, co potrafiło kilkuletniej mi na tyle utkwić w głowie, czy duch matki... Nie wiem. Wiem, co zobaczę i przedłużam chwilę przed tym. Siedział tam, oparty o malowane szafy; obok leżały zdjęcia mamy. Pamiętam jeszcze, że radio grało. Jedno z nielicznych w wiosce. Są coraz bliżej. Już nie pamiętam. Zarządza się pełną mobilizację. Klękam obok i pierwsze, co robię to gaszę papierosa. Mama nie lubiła, kiedy palił. Kobiety i dzieci... Już nie wiem, co mówili, naprawdę nie pamiętam. Czuję tylko, że teraz jestem tylko ja. Że moja wojna i moje trupy już tu są, że już mam to wszystko za sobą. Może dlatego się nie boję? Ani tej nocy, ani żadnej innej, nawet kiedy niebo spadało nam na głowy wraz z ciałami zabitych. Strzepuję resztki popiołu z jego dłoni do popielniczki. Siadam obok i przytulam się do jego ramienia, ciało przechyla się i przygniata mnie. Kładę się i układam głowę taty obok swojej, próbuję ułożyć inaczej jego rękę, żeby wyglądał jakby spał. Ten zapach papierosów nie daje mi spokoju. Nikt tak nie pachniał jak on wtedy. Pamiętam jak się denerwuję, że nie mam dość siły, żeby to zrobić. Jestem na niego zła, że mi nie może pomóc. W końcu daję za wygraną, patrzę na niego, a on patrzy na mnie. Otwarte, puste oczy i zapach papierosów. Papierosów i czegoś jeszcze, co to za zapach? Dopiero wtedy ośmielam się odezwać, dopiero w momencie, kiedy moje dzieciństwo i późniejsze życie zostaje wyniszczone przez to jedno wspomnienie. Tatusiu, porwij mamę...

– ... i wróć razem z nią.


Dojrzali, w pełni dorośli i ukształtowani, postrzegamy świat inaczej, pamiętamy go inaczej niż dziecko. Moim przekleństwem jest możliwość zobaczenia go takim, jakim nigdy nie będzie dla was. Widzę go, tak jak już zapomnieliście na niego patrzeć. W pełni, bez zbędnej zasłony, samymi uczuciami. Nie jestem geniuszem, nie jestem nikim wybitnym. Po prostu słyszę bicie waszych serc, i znam je na pamięć. Od dwudziestu lat widzę, kim jesteście naprawdę. To chyba sprawia, że jestem i będę wiecznie niespokojną.


Kolejny dreszcz wstrząsnął jej ciałem, teraz już była pewna, że to z zimna. Rzuciła papierosa w świeży śnieg i wróciła do mieszkania. Kafelki na podłodze i białe ściany, rozkładana kanapa na wprost okna, przy prawej ścianie regały z książkami i duża szafa, bez lustra. Z drugiej strony namiastka kuchni, drzwi wyjściowe i te prowadzące do łazienki, biurko i stos książek wciśniętych w róg pokoju. Jej całe obecne życie na trzydziestu pięciu metrach kwadratowych. Zgasiła światło i usiadła na kanapie otulając się kocem, śnieg padał coraz intensywniej. Gęsia skórka jednak nie ustępowała, czyżby jednak to wciąż było wspomnienie?

W głowie mieszało jej się od tego wszystkiego, serce znowu waliło. Odruchowo sięgnęła po poduszkę; w poszewce trzymała leki na serce. Dwie tabletki; jedna za życie, druga na przeżycie. Uśmiechnęła się, zmrużyła oczy i znowu uśmiechnęła, potem jeszcze raz i kolejny. Za każdym razem wyobrażając sobie, że on znowu mówi, że kiedy się uśmiecha, jest jeszcze piękniejsza.

– Czasami bywam żałośnie samotna.


***


24 października,
Dzisiaj znowu brałem leki, znowu ominęła mnie misja. Znowu, znowu, znowu.
Mam dwadzieścia trzy lata. I czuję śmierć. Chyba gdzieś pod prawym okiem.



2 listopada,
R. przepadł. Powiesił się ze strachu przed śmiercią.*
Sasori chce zmienić leki.



14 listopada,
Przeglądam dziennik, poprawiam błędy. Próbuję się doczytać. W sierpniu i na początku września było najgorzej, ręka tak mi drżała, że stalówka przebiła kartki.
Boję się o siebie, boję się o niego. Ostatnio mało jem, wymiotuję po prawie każdym posiłku. Jeszcze rok. Bóg musi mi dać rok.



9 grudnia,
Sprawunki w Kirigakure. Kisame jest zachwycony.


12 grudnia,
Przespałem trzydzieści godzin. Po raz kolejny opóźniam misję.
W dawniejszych czasach miałem częściej takie spania i rozszerzone doby. Budziłem się nieraz z niepokojem, że przespałem coś ważnego, że może świat się skończył.* A potem, kiedy już się dobudzałem i wbijałem kolejną strzykawkę, rzeczywiście nie było już nic. Znaczy było, tylko słowa tak jakoś głuchły a obrazy zamazywały się. Bielały z każdym mrugnięciem, jak odbitki zdjęć. Przebłyski kolorów, wzorów, smaków, dźwięków i oddechów... To były takie niedobitki. Chyba życia, tylko nie pamiętam czyjego.



15 grudnia,
Spadł pierwszy śnieg.



– Nie podoba mi się tutaj.

Kisame miał wyjątkowo wyrafinowany gust, jak na mordercę tej klasy i osobnika o takiej aparycji. Lubił drogie drinki, ładnie ubrane dziwki i bary w których nie pachniało amoniakiem zakrapianym tanią wódką ryżową. Itachi podziwiał go za to, za resztki człowieczeństwa skupione w tak zabawnej formie jaką tworzył. Czasami nie zauważał, że stali się do siebie podobni, i Kisame przejmujący zwyczaje chłopca z wyższych sfer, przekazał mu też kilka swoich. Mimo że chłopiec nie miał zamiaru nigdy ich przejmować.

– Straszna z ciebie panienka. – warknął niski staruch, wymijając zagradzających wejście do speluny członków Akatsuki i ruszając prosto do baru. Był pijany, głupi lub po prostu podniecało go ryzyko. Równie mocno, co Itachiego oglądanie potworów.

– Co? – zapytał wściekle niebieski, zjawiając się za wątłym mężczyzną i łapiąc go za kołnierz. Czasami tak niewiele potrzeba do określenia człowieka z jakim ma się do czynienia.

Itachi za to zapamiętał to doskonale, była to niewątpliwie ostatnia zabawna sytuacja tego dnia, jaka go spotkała.


– Zbieramy się. – rzucił po chwili Uchiha bez większego przekonania, najchętniej sprawdziłby jak rozwinie się sytuacja, ale w obecnej sytuacji nie mogli sobie na to pozwolić. Misja trwała, a oni zaczęli zwracać na siebie zbyt dużo uwagi, mimo kapturów na głowie i fatalnej renomy lokalu, ktoś taki jak Kisame przyciągał nieproszony wzrok jak magnes... Rzucanie się na klienta baru nie mogło polepszyć ich sytuacji.

Przemknął przez większą długość baru, błądząc między stolikami. Blond czupryna, stercząca ponad oparciem narożnego siedziska była dla niego jak najlepsza chorągiew. Itachi czuł, że im dalej odsuwa się od rozjuszonego Rekina, tym mniej uwagi poświęca mu wątpliwa klientela lokalu. Przysiadł się do Deidary z pewną rezerwą. Zarost, rozpuszczone, wilgotne i ubrudzone od błota włosy oraz przepaska na lewym oku sprawiły, że jego wygląd nabrał nieco dzikiego, męskiego rysu. No i był już lekko podchmielony, głupi uśmiech praktycznie nie schodził z jego ust, a to nigdy nie wróżyło nic dobrego.

Stół był lepki i brunatny, Itachi nie zdziwiłby się, gdyby były to resztki poprzedniego klienta. Na blacie, oprócz już w połowie opróżnionej butelki sake i brudnej szklanki, stały trzy, gliniane figurki. Miał wrażenie, że już gdzieś je widział. Z pewnością było to wspomnienie sięgające jego najmłodszych lat. Czyżby bawił się czymś takim kiedyś? Dostał je gdy był dzieckiem...? Zamrugał, pozostawiając pytanie bez odpowiedzi i przeniósł wzrok powtórnie na Deidare.


– Co ci się stało? – zapytał bez większego zainteresowania, naciągając wilgotny kaptur mocniej. Nie był jedyną osobą w barze, która to robiła. Wchodząc do knajpy zauważył co najmniej dziesięciu innych, którzy woleli nie chwalić się swoim wyglądem.

Blondyn prychnął tylko, po chwili jednak uśmiechnął się głupio i opierając się plecami o siedzisko, splótł ręce na klatce piersiowej. Unikał jednak wzroku Uchihy, wolał przenieść go na zaparowaną szybę.


– Kiedy Kisame skończy się wydurniać? – zapytał, tym razem jednak to Itachi milczał. – Z resztą, to może lepiej, że nie zobaczy tego, co ci chcę pokazać.

Blondyn rzucił na blat gazetę, uśmiechając się jeszcze szerzej.


– Strona trzynasta, mój drogi. Masz szczęście. – rzucił zaczepnie.


– Siedziałeś na niej? – Itachi zapytał z rozbawieniem. – Aż taka jest ważna?


– Ależ tu jest obleśnie. – warknął Kisame, siadając obok Deidary i spychając go na ścianę. – Co to? – zapytał, biorąc do rąk figurki i obracając je w palcach. – Wygląda jak wrona... Dei-chan, coraz lepiej ci idzie. – dodał ze śmiechem.


– Oddaj mi to, idioto – warknął chłopak, wyrywając dzieło z rąk niebieskiego – T O DLA KOGOŚ I N N E G O. – wycedził przez zęby, odkładając delikatnie małą wronę.


– O sake – zawołał ucieszony Kisame – i to chyba całkiem niezłe.


– Nawet na nie nie patrz, troglo...


– Muszę na chwilę wyjść.

Itachi przerwał jednym zdaniem sprzeczkę współpracowników. Był wściekły i jednocześnie niesamowicie wystraszony. Już dawno nie czuł takiej mieszanki, już dawno nikt go do tego nie sprowokował. Nie dał jednak nic po sobie poznać, to go uratowało.

Wyrwał artykuł z czasopisma, wciskając go do kieszeni płaszcza i wstał. Musiał jakoś odreagować, zareagować, zrobić w tej chwili cokolwiek. Ktoś tu bawił się jego nazwiskiem w sposób, który z pewnością mógł zaszkodzi nie tylko mu ale i Sasuke – a tego nie mógł tolerować.


– Przynieś mi jakieś orzeszki, chętnie bym coś schrupał. – krzyknął za odchodzącym mężczyzną rekin. – Wiesz Deidara o co mu chodzi?


– Straszna z ciebie panienka. – mruknął w odpowiedzi, zapijając ostatnie sylaby zdania potężnym łykiem sake i próbując tym samym zatuszować radość. Nawet misja straciła dla nich już znaczenie. Szach mat, Uchiha.




* — Miron Białoszewski.


dopisałam, poprawiłam. boję się tylko, że gdzieś tam coś mi umknęło. gubię się przy dłuższych tekstach, wybaczcie.


prolog


Sunął palcem wzdłuż ostrza, licząc w głowie sekundy – gdy tylko osunie go milimetr w tę, czy we wte – krew buchnie. Zaleje jego mózg, zaleje nowe spodnie; pensję ojca, starania matki. Zaleje.

Właśnie zdał sobie sprawę, że będzie musiał sunąć tak palcem po ostrzu do końca świata. Jeśli ich zawiedzie, trafi do piekła. Przeraził się najpierw, zaczął myśleć o tym jak to jest w tym piekle... Potem mu jednak przeszło. Przecież jest dzielny, przecież jest... Nazwisko nie chciało przejść mu ani przez gardło, ani przez myśli. Przecież jest sobą.
Uśmiechnął się – chyba w końcu znalazł sobie odpowiednie zajęcie. Drzewa szumiały, słońce powoli zachodziło za horyzont. A on się uśmiechał; siedział i przyciskał palec do ostrza. Mój boże – myślał. 
– Mój boże, jak bardzo ci dziękuję za ten nóż.

Nagrobek był coraz chłodniejszy, cmentarz w końcu wyglądał tak, jak chciał go widzieć. Nie w słońcu, nie w cieple, nie blasku jakiejś boskiej materii. Było chłodno, wilgotno i cicho. Bez wiatru, bez brzęczących owadów, śpiewu ptaków i jęku ludzi, którzy przychodzili odwiedzić duchy. Bez uczucia, że ktoś patrzy, widzi i ocenia. Było zupełnie tak, jak on się czuł. Od tygodnia; dzień w dzień. Głucho i samotnie – ale nie straszno. Raczej smutnie.

Jak słońce buchnęło promieniem w oczy, jak poczuł, że ktoś go szarpie, jak skóra się przecięła, a krew zalała spodnie; ostatnią pensję ojca, ostatnie zakupy matki – posmutniał. Świat się skończył. Ktoś wciąż go szarpał i szarpał, i szarpał. Póki na niego nie spojrzał, póki nie zrozumiał, że do niego krzyczano.
– Chodź, chodź kochaneczku... Idziemy do domu, przesiedziałeś tutaj całą noc. Chodź. No chodź, pewnie miałeś koszmary...?


Sasuke Uchiha uśmiechnął się. Piekło nie było takie złe, pachniało słodkim groszkiem.

rozdział 3; ślady piękna

 

Przerażenie jest pozbawione jakiegokolwiek śladu piękna. Nie widzimy niczego poza ostrym światłem nieznanego wydarzenia, które nas nie zaskakuje. *

- Jeśli natura obiecuje życie, czym ono jest? Skoro bierze się z niej... Gdzie w tym wszystkim miejsce dla człowieka? 
 - Nie mam pojęcia o czym teraz do mnie w ogóle mówisz. 
- Twoja niewrażliwość mnie rani. 

Czuł się jak małe dziecko; a uczucie to było najmniej dziwne. Zwykle działał inaczej, nieco bardziej brutalnie. Nieco to w ogóle całkiem zabawne słowo. Zwłaszcza kiedy używa się go w stosunku do osoby, która zabiła cały swój klan.
Szyba blokowała większość dźwięków, a on chciał wiedzieć. Skoro już czekał, robił to po coś. Chęć dowiedzenia się kim jest osoba, która dla pieniędzy była w stanie posunąć się do czegoś takiego, była głupia. Ale wystarczyła, żeby zacząć działać. Zdawał sobie z tego aż za dobrze sprawę. Widział jej plecy, widział też męską rękę, która z wolna sunęła wzdłuż kręgosłupa kobiety.

To przypominało mu sytuację, która miała miejsce kilkanaście lat temu. To była chyba jego czwarta misja poza domem; zatrzymali się wtedy w gorących źródłach, motelik obok był ciasny i biednie urządzony. Pamiętał, że próbował usilnie wytłumaczyć sobie to, że nie wszędzie spotkają go luksusy jak w rezydencji klanu... Pamiętał, że powtarzał to - w myślach - szczególnie głośno, kiedy po jego dłoni przebiegł robak wielkości młodej myszy. Ścianka z cienkiego materiału przepuszczała światło, chłód i dźwięki. Początkowo nie wiedział dlaczego zbolałe jęki kobiety wywołują u jego towarzyszy takie rozbawienie, dlaczego naśladowali jej odgłosy i śmieli się do rozpuku. Wtedy uznał to za brak profesjonalizmu. Cztery lata później, zatrzymując się w tym samym hotelu i słysząc podobne odgłosy, zakrywał już tylko głowę poduszką i przyciskając ucho do drewnianej podłogi, myślał o tym, że wcale nikt się nie pierdoli z tanią kurwą tuż za ścianą. Że nie jest tak, jak miesiąc temu, kiedy to spity ojciec świntuszył z matką na antresoli, licząc na to, że jego najstarszy syn nie usłyszy. 
Potem zastanawiał się co by się stało, gdyby wtedy tego nie słyszał, gdyby nie przyszedł na miejsce pięć minut po tym, jak odeszli szczęśliwi do swojej sypialni i nie przycisnął twarzy do poduszek na których matka oddawała ducha. 

Zamknął oczy, jakby to miało pomóc mu usłyszeć rozmowę dokładniej.
Miała przyjemny głos, wyobraził sobie przez chwilę, że to on leży obok niej, że to on głodzi jej uda. Dawno nie był z żadną kobietą dostatecznie blisko, żeby móc sobie pozwolić na taki gest. Dawno nie był w ogóle z żadną kobietą. 
Szybko by go zabił, szybko mógłby ją przebić. Wszystkim; byłoby po sprawie. Zmrużył oczy, wytężając słuch. (tak jak wtedy)(tak jakby znów miał 6 lat). Liście nad jego głową szeleściły zachęcająco.

-... nie rozumiem wielu rzeczy; jakby chęć pozostania wrażliwą doprowadzała do tego, że jestem... 

- Ograniczony. 
Dokończył za kobietę. To było bez sensu.


Nigdy nie będziemy mogli z całą pewnością stwierdzić, na ile nasze stosunki z innymi ludźmi są wynikiem naszych uczuć, miłości, nienawiści, dobroci lub złości, a na ile są spowodowane stosunkiem sił pomiędzy nami a nimi.*


Gdyby rozumieli się wzajemnie, ich słowa byłyby pozbawione znaczenia jeszcze bardziej. A tak stali, wpatrując się w plecy rudej barmanki, która pokaźnym biustem szorowała butelki tanich alkoholi, szukając wina. I był spokój. I był pokój. Przechylali głowę nawet tak samo, śledząc upadek krągłości.
- Jakbym chwycił ją, to, to bym nie puścił.
- Kroił na kawałki, obkładał się jej piersiami.
- Ssał, nie - to ona by ssała, patrz na te usta...
- Stworzone do ciągnięcia.
- No. 
- Tyłek też ma niezły, podejrzewam, że zmiażdżyłaby mnie tymi swoimi udami. Widzisz jak się układają pod fartuchem?
- Mhm.
- Zawsze wolałem szczuplejsze.
- Baba to baba. A otwór
- to otwór. 
- Ale jakbym chwycił, to...
- Zamknij się już.

To było bez sensu. 

 
Wina tragiczna. (bardzo zgrzeszyłem...). Zbłądzenie i nieświadome popełnienie zbrodni. Pycha. (myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem...). Wynika z przeświadczenia, że można oszukać przeznaczenie. Tragizm. (moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina...). Nieuchronne zmierzanie do katastrofy.


Chaos zagościł w jej głowie lata temu.
Albo tylko miesiące, lub dni. Poświęcała mu zdecydowanie za mało uwagi, choć to właśnie on stanowił główną siłę jej stworzenia. Czyniła z nim monologi, słuchając zawzięcie jego najskrytszych myśli, marzeń i strachów. Kochała go tak jak jeszcze nikogo. Ale wciąż nie doceniała, tak jak każdego. Nawet Jego. 
Nie sadziła, że jej dar założy jej żelazną maskę na oczy. Że nie poweźmie odpowiednich kroków.
Ukryła nos we włosach Orła, chłonąc go całą sobą jeszcze bardziej. Jeśli znów wezwie imię tamtej, nie będzie litościwa. 


- ... nie rozumiem wielu rzeczy - powiedziała, choć było to niezamierzone. Te słowa nie były dla niego. To chaos miał to usłyszeć i spróbować zrozumieć - jakby chęć pozostania wrażliwą doprowadzała do tego, że jestem ograniczona.

Dreszcz przebiegł jej po plecach. To było dziwne uczucie, wszystko w środku stało się na ułamek sekundy bardziej prawdziwe, jakby odkryła - nie - spotkała się oko w oko z przeznaczeniem. Skurczyła się w sobie, czy gwiazdy tak właśnie odczuwają swoje powstanie?

- Boże, tak mi teraz...
- Dobrze? - dokończył, czy zapytał? A może błagał? Był wiecznie niezdecydowany. Czubkiem języka naznaczyła płatek jego ucha. Zdecyduj się, chciała powiedzieć. Bądź w końcu Nim, no bądź! Westchnęła tylko. A potem, jakby trafiona kolejnym piorunem, odczepiła się od mężczyzny i powiedziała:
- Nie, dziwnie.  

Zamilkł i wykonał ruch, jakby jednocześnie chciał ją udusić i przytulić do siebie.

- Co zrobiłem źle? - roześmiała się, strzepując resztki dumy Orła ze swojej szyi.
- Zgubiłeś godność, ale nie martw się. Mogło być gorzej.  

Ironia tragiczna. (przeto błagam...). Próba ucieczki przed przeznaczeniem, paradoksalnie przyspiesza spełnienie się wyroków losu. Fatum. (o modlitwę za mnie...). Bezsilność człowieka wobec przeznaczenia.  





To zabawne, że dotykając jej piersi myślał o śmierci.

Czuł, że jest zawieszony. Gdzieś między Niebem a Piekłem. Pożądaniem i Zniesławieniem — albo na odwrót, gdyby choć trochę można było je rozdzielić. Gdyby choć trochę można było nie widzieć w prostytutce swojej matki. Czuł więc, że jest zawieszony. Albo podwieszony... Schwytany? Chyba tak, na pewno. W sidła jej nóg, które z każdym pchnięciem drżały coraz bardziej.
Już nie myślał o śmierci, gdy leżąc na plecach obserwował jak język kobiety tańczy na jego członku. Westchnął cicho, dociskając jej głowę do swojego krocza. Przygryzł wargi, nie lubił jęczeć. Zawsze wydawało mu się, że stęknięcia przyjemności w jego wykonaniu brzmią raczej jak prośby o ułaskawienie.
Morderca błaga dziwkę o łaskę — na samą myśl o takiej sytuacji zrobiło mu się weselej, może nawet by się roześmiał, gdyby do ciemnego pokoju nie wtargnął pijany mężczyzna, szybko jednak został z progu przeciągnięty do innego pomieszczenia. To jednak wystarczyło, aby kobieta pisnęła wystraszona, zakrywając nagość chudymi rękoma. W takiej sytuacji nie mógł powstrzymać uśmiechu. Cnotliwa kurwa? 
— Nie przestawaj.
Ciepła dłoń ponownie go dotknęła. Facet, który wparował do pokoju przed chwilą, krzyczał za ścianą głośno. Dziwki, które wynajął, również. Podświadomie chyba nie chciał być gorszy. Ponownie przycisnął głowę dziewczyny, ponownie przygryzł wargę.
Tej nocy Itachi Uchiha krzyczał w myślach wiele razy.


* - M. Kundera