informacje / bohaterowie / polecam / obserwuj / strona główna


rozdział 2

CZĘŚĆ 1; KISAME; muzyka

Zepsuli mnie. Chyba celowo – albo i nie, bo albo-albo, chcemy a nie musimy istnieć – chyba na pewno – bo pewność, to niepewność. Ukryta w słowach, w geniuszu. W trzech spojrzeniach, o jednym za dużo. W wymianie zdań, za długiej, za ślizgiej, za suchej, za delikatnej, za..., za..., za... . W dotyku, być może i nawet idealnym – bo twoim. Twoim; z ciebie, od ciebie. Dla mnie. Dla nas. Czasem trudno jest mi się pogodzić z tym, że nie czujemy tego samego, że nie myślimy tak, jak myśleć powinniśmy... Jakbyśmy potrafili naszymi wspólnymi myślami stworzyć świat; idealny. Taki jak nasze kochanie. Nie potrafimy tego, a tego się nie da nauczyć. Czasem tak trudno jest mi się pogodzić z tym, że nasze dopasowanie jest czysto fizyczne. Że dryfujemy w osobnych łódkach z marzeń. Że moje słowo jest niczym, że blednie w starciu z twoim spojrzeniem. Że znika przy twoim: nie.

że jest się szczęśliwszym od śliwek i że ma się wszechświat w dupie na samym dnie dupy w dupie pancernej za siedmioma dupami*

Jak patrzysz w lustro, to co widzisz? Bo wiem, że chciałbyś zobaczyć coś zupełnie innego. Może skórę w normalnym kolorze? Albo duże, skośne oczy... Chociaż, nie, ty chciałbyś uśmiechu i śmiechu – przed którym nie drżą osoby z twojego otoczenia, przed którym nie chowała się za włosami ta drobna blondyneczka z zadartym noskiem. Bo gdyby twój uśmiech wyglądał na szczerze ludzki, wszystko wyglądałoby inaczej. Całe twoje życie, może nawet nie stałbyś tutaj teraz, patrząc się w to lustro. Może siedziałbyś z nią właśnie przy stole, jadł kolejny, najlepszy obiad w swoim życiu i patrzył jak delikatne palce dotykają główki waszej córki. Zewsząd otoczony wilgotnymi skałami... Za ten uśmiech mógłbyś je wymienić na miękkie poduszki dobrane pod kolor kolorowego parawanu, który malowała, kiedy opuszczałeś wioskę. Miała takie drobne palce, jak dziecko. Takie kruche, takie miękkie, różowe. Ciepłe.

i nie wiem czy nie byłoby dobrze zamknąć się w szafie i wyobrażać sobie że jest się zamkniętym w raju*

Dużo w nim było złości. Nawet kiedy naśladował króliki z kilkoma dziewczynkami, wciąż był wściekły. Nawet kiedy zabijał i spijał krew z przetrąconego karku, wciąż był wściekł. Wciąż coś wierciło mu w głowie; brzęczało i huczało. Podgryzało korę mózgową i nie dawało spać, szeptem na ucho sycząc, że to jeszcze nie wszystko.
Potwór Ukrytej Mgły – bo takie imię nadali mu ludzie, nie był człowiekiem wolnym. Miecz po mistrzu, który nosił na plecach – i który wyrwał mu z zakrwawionych rąk – przypominał mu o tym wyjątkowo dobrze. Był chyba jeszcze większym znakiem przynależności do kogoś, niż opaska na czole.

Kisame był człowiekiem małej wiary. Względem siebie miał jej średnio dużo, względem innych w ogóle. Nie lubił przeprowadzać bilansu zysków i strat. Chyba podświadomie naliczył w swoim życiu same straty.
Czasami jednak zamykał oczy i pozwalał porwać się strumieniowi świadomości, który otwierał i zamykał pewne furtki w jego ciele. I tak na przykład: nie czuł już kamieni wbijających się w jego plecy, czy nie odczuwał już tego wiecznego wręcz strachu, który motywował go do niewierzenia w nawet najczystszej chęci ludzkie dobro. Zamiast tego zalewało go jednak obrzydzenie do samego siebie, kiedy wspominał chwile o których już dawno powinien zapomnieć.

Raz na przykład, przypomniała mu się sytuacja z Kiri. Kiedy to się stało, był czwartek a powietrze było gęste i gorzkie w posmaku. Ktoś rozpylił truciznę, a on usiłował nie stracić przytomności. Miał może pięć lat i przyczynił się do czyjejś śmierci, pierwszy raz.

Stopy, nogi, ramiona, twarz i oczy – wszystko płonęło. Stopy od biegu, nogi, ramiona, twarz i oczy od rozpylonej trutki. Chcieli ich wyrżnąć jak marne kocięta. Wsadzić do skrzynek, poddusić i spalić. Ludzie w maskach, ludzie z Konohy. Ludzie węże.
Był jednym z nielicznych, którzy ocaleli. Akurat miał zajęcia terenowe w szkole, gdy usłyszał huk dochodzący z budynku. Trwał w otępieniu przez kilka dobrych minut, wyjąc i skamląc. Albo to oni wyli, oni skamleli. Bo dzień, który przejdzie do historii rozpoczął się właśnie teraz. I wystawił na próbę ich wszystkich. Myślał wtedy, szarpany i popychany przez kolegów, że chciałby być w tym budynku. Zobaczyć jak to jest być rozerwanym na miliardy kawałeczków, albo przeżyć – i stać się żywym dowodem chwały.
Potem tylko uświadomił sobie, że dziewczyna o czekoladowych oczach była wciąż w szkole. Potem tylko uświadomił sobie, że dziewczyna o czekoladowych oczach już nie żyje. Coś go zakuło. Jakby w klatce, a potem w głowie (to on zajął jej miejsce)(to ona miała być w jego grupie)(TO ONA MIAŁA PRZEŻYĆ). Albo najpierw w głowie, a potem w klatce. Czuł, że coś go rozrywa od środka. Teraz był pewny, że słyszy swój własny krzyk. Chciał wykrzyczeć jej imię, jednak nigdy go nie poznał, wrzeszczał więc do powietrza, przypominając zwierzę. Krzyczał i wyzywał bogów tym swoim wrzaskiem na pojedynek. Z każdą sekundą czuł, że ma z siebie samego coraz mniej. Ból rozrywał go na miliardy kawałeczków.

Boję się.
Szarpało nim, a obraz zamazywał się; drgał, błyszczał i ciemniał. Raz po raz, jakby dzień z nocą walczyli o burzę. Czuł chłód, dotknął swojej twarzy, potem spojrzał na palce – dusza spływała mu po nich.

– Boję się. Boję się, Boże, jak bardzo się boję. Ratujcie mnie, ratujcie... Błagam.
 
Morderca doskonały znał datę i godzinę utraty własnej niewinności. Z roztrzaskaną duszą słyszał swój krzyk każdej nocy.

i nie wiem czym usunąć plamy krwi z koszuli*


– Pewnie gdyby ci zapłacili, zeżarłabyś własne gówno, co?

Czuł obrzydzenie do siebie, podniecało go to, jednak jako morderca doskonały nie mógł tego okazać. Dlatego oberwało się jej – dziewczynie, którą dwa dni szybciej prawdopodobnie zgwałcił Deidara, a wczoraj Itachi.

Kisame był stworzeniem rozumnym, dlatego nie mógł pojąć, dlaczego właśnie pieprzy się z workiem na spermę do którego wcześniej lali jego najbliżsi współpracownicy. Im więcej nad tym myślał, tym jego podniecenie stawało się większe. A prostytutka krzyczała coraz głośniej.

W mechanicznym seksie nie ma nic złego.

Zafascynowany wpatrywał się jak z każdym kolejnym pchnięciem znikał w niej. Nie było ważne, że przy wyjmowaniu leciała krew. Nic się nie liczyło, oprócz tego, że znowu był ostatni, że znowu w kimś, i po kimś, kończył. Przyśpieszył, próbując wbić się jeszcze głębiej.

Dziewczyna drętwiała pod jego ciężarem, dłonie próbujące oderwać ręce niebieskiego od szyi i ust, traciły na sile coraz bardziej. Chyba zemdlała.

Chyba celowo – albo i nie, bo albo–albo, chcemy a nie musimy istnieć – chyba na pewno – bo pewność, to niepewność. Ukryta w słowach, w geniuszu. W trzech spojrzeniach, o jednym za dużo. W prostej wymianie: ciało za ciało; za długiej, za ślizgiej, za suchej, za delikatnej, za brutalnej, za..., za..., za... . W dotyku, być może i nawet przeklętym – bo twoim własnym.
Twoim; z ciebie, od ciebie. Dla mnie. Dla niej.

Zepsuł ją.
Zbadał tętno. I spuścił się w trupie.

i nie wiem jak żyć między ludźmi po kilku latach samotności*

Brzydota rozchodziła się w jego krwi, atakując każdy kolejny organ i wreszcie wypływając ze skórą na zewnątrz, tworząc sinobłękitną masę z wyglądu podobną do rekina. Taki był, kiedy patrzył w lustro, kiedy widział swoje odbicie w oczach innych. Taki był, ale to nie znaczy, że to okropieństwo, które jest nim i w nim teraz, było zawsze. Kiedyś kochał i był piękny, dla tej jednej osoby. A dzięki tej jednej osobie, cały świat był piękniejszy dla niego – a przynajmniej tak go jej opisywał.

Czasami zastanawiał się, czy gdyby jej wtedy nie stracił, musiałby przeżywać to co teraz – wieczną tułaczkę z ludźmi, których co najwyżej darzy niewymiernym szacunkiem. Z Akatsuki, kurwami, i innymi obleśnymi stworzeniami na które naciągnięte są ludzkie maski. Czy gdyby jej wtedy nie stracił i nie zabrakłoby mu odwagi, żeby wskoczyć w to piekło za nią, byłby szczęśliwszy w tym miejscu, gdzie by się oboje znaleźli? Czy pustka przeżywana z nią, byłaby łatwiejsza do zniesienia niż ogrójec po którym musi się błąkać, póki ktoś go nie zabije?

Kisame znał odpowiedz na to pytanie, bał się jednak przyznać sam przed sobą, że – jeśli Bóg istnieje – nienawidzi go aż tak bardzo.

– Moje życie skończyło się szybciej, niż się zaczęło.

Deidara obrócił głowę w jego stronę, westchnął i wrócił do lepienia figurek. Nie skomentował tego, każdy w Akatsuki myślał tak samo, każdemu od czasu do czasu wyrywało się podobne zdanie z ust, jakby życiodajne powietrze – po zobaczeniu tego wszystkiego od środka, ostrzegało inne cząsteczki przed podróżą w pustkę. Powody mieli różne, mniej lub bardziej sensowne. Zawsze jednak coś ich potrafiło połączyć – brak szansy na normalność.


– Wiesz co się dzieje z Uchihą? – zapytał po czasie, kiedy kolejny gliniany ptak stanął na blacie stolika,

– Nie, powiedział, że musi coś załatwić. To mi wystarczyło.

Deidara uśmiechnął się szeroko, oglądanie problemów tego gnojka, sprawiało mu niewyobrażalną radość. Od premiery książki minęło kilka dni, zdążył już zakupić kilka egzemplarzy i pozostawiać je w miejscach publicznych. Mimo to czuł niedosyt, chciał pełnej konfrontacji – Modegi kontra Uchiha. W przyszłym tygodniu miał urodziny, to byłby dopiero prezent!

Deidara nie pamiętał chwili, w której przyprawianie Itachiego o zgrzytanie zębów zaczęło sprawiać mu aż taką przyjemność. Nie pamiętał też połowy swojego życia. Wszystko, co złe, zapadało się w nim i ginęło na zawsze. Wiedział, że miał własną historię – choć nie pamiętał swojej rodziny, początków w Akatsuki, pierwszych dni wojny, które przeżył śpiąc pod ciałami zmarłych cywilów. Owszem, potrafił odtworzyć w pamięci eksplozję, do której doprowadził po raz pierwszy – obraz pamięci jednak zamazywał się i niknął za każdym razem, kiedy swędzenie mózgu świadczyło o tym, że coś jeszcze się przy tym wydarzyło. Coś, co sprawiło, że znający jego przeszłość ludzie stawialiby go na równi z tym znienawidzonym Uchihą.

– W każdym razie, słyszałeś o książce?

– Nie dałeś mi o niej nie usłyszeć, Deidara.

– W każdym razie - przygryzł wargę, wydłubując glinę zza paznokcia – myślisz, że to prawda? Kurwa, masz pilniczek?


Kisame spojrzał się na niego jak na idiotę, było jednak w tym – jeszcze przed warstwą pogardy – coś ciepłego. Przez ułamek sekundy, jakby brudne promienie słońca tańczące w blond włosach, przypomniały mu o czymś miłym.

Brak odpowiedzi sprawił, że Deidara zarumienił się nieco. Jutro nie będzie już pamiętać, o co zapytał rekina.

Być może Ci, którzy na miłość zasługują najbardziej, w życiu najmniej jej dostają. Być może Bóg nie patrzy, kiedy niektóre dzieci schodzą na ziemie. Być może Bóg nie chce tego widzieć. Być może Bóg nie istnieje.

– To całkiem możliwe.



* — Borszewicz

Chaotycznie jak zwykle. Chciałam jednak to opublikować i mieć za sobą, mam ogromny spadek formy. Czytam ostatnio zbyt dużo, żeby być zadowoloną z tego co napiszę, czy napisałam wcześniej. Boję się, że w odbiorze ten rozdział będzie grafomańskimi wymiotami, boję się i publikuję – typowe. Być może poprawię wkrótce, albo zakryję szybciej czymś nowszym. W każdym razie, witam wiosnę w swoim stylu.